piątek, 26 kwietnia 2013

A teraz czas na Ness:

Rozdział 2
Bo w tym świecie niełatwo jest tracić plany na rzecz marzeń….

            - Co się stało!? – Alex w życiu nie był tak zły. Ale Ness nie dziwiła mu się zbytnio. Sama czuła się podle. – Przecież to niemożliwe! Tyle pracy! Tyle poświęceń! A ty przegrałaś?! Dziewczyno, weź się w garść! Sądzisz że teraz ktoś będzie brał cię na poważnie? Po raz kolejny zdobyłaś drugie miejsce! A wiesz co to dla innych oznacza? Że jesteś zerem, drugorzędną zawodniczką!
 - Proszę? Trenowałam, ćwiczyłam, głodowałam ranka mi żebyś był zadowolony! Była taka możliwość, że przegram! Dobrze o tym wiedziałeś! I teraz mówisz mi że jestem zerem? - Gotowało się w niej jak nigdy przedtem. A zawsze była spokojna, dziś jednak coś się zmieniło.
 - A ty znowu wybuchasz! Mówiłem ci tyle razy że masz być twarda jak skała…
            Nie wytrzymała. Wybiegła z płaczem, kierując się w stronę wyjścia na pole. Całe rozgoryczenie, cała złość wylewały się razem z łzami. A jednak, nienawiść do siebie pozostawała. Nienawiść za to że chce strzelać w swoje serce aby zabić uczucia które się w nim trawią i próbują przedostać przez maskę obojętności różdżkarza. Próbują wyjść na światło dzienne i powiedzieć: pragniemy wolności a w niej miłości!
            Spacer po lesie okazał się zbawienny. Przez korony drzew przebijało się słońce i suszyło jej mokrą od płaczu twarz. Gdzieniegdzie usłyszała ptaki  które z resztą uwielbiała słuchać. To wszystko wprawiło ją w tak radosny nastrój że postanowiła wrócić i przygotować się do bankietu. Bądź co bądź srebro to nie tak źle.
            Carly już na nią czekała.
 - Twój trener prosił abyś przed zejściem na dół wpadła do niego. Ma ci coś ważnego do powiedzenia. – mruknęła gdy układała włosy. Śliczna zielona suknia leżała już na niej. Pozostała tylko rozmowa. Ubrała więc swoje pantofelki i ruszyła do gabinetu.
            - Poprosiłem cię do siebie ponieważ chciałem cię przeprosić – nie wierzyła własnym uszom – Nie powinienem był tak cię potraktować, szczególnie że byłaś w podłym nastroju.
 - Nic się nie stało, miałeś pełne prawo wyć wściekłym. Tak wiele pracy w to włożyłeś… - nie chciała kolejnych kłótni. To był bardzo dobry trener a jeszcze lepszy przyjaciel.
 - Tak. Jednak musisz przyznać że w obecnej sytuacji musimy podjąć odpowiednie kroki. Już drugi raz przegrałaś. Czas coś z tym zrobić. Wiesz może kim jest profesor Dumbledore?
 - Oczywiście, każdy wie – niezupełnie rozumiała co ma stary dyrektor Hogwartu do jej problemów w sporcie.
 - Przyjdzie dziś na bankiet. Bardzo bym chciał abyś, gdy cię oczywiście poprosi, porozmawiała z nim, wysłuchała go i podjęła decyzję. – jego mina była poważna i jednocześnie dziwna jak nigdy dotąd.
 - Ale dlaczego? Coś się stało?
 - Wszystkiego dowiesz się od niego, ok.?
            Zbytniego wyboru nie miała a więc zeszła z nim na dół i czekała co przyniesie los.
Profesor jakoś nie kwapił się aby szybko do niej podejść. Zresztą w ogóle dziwnie się czuła, jakby ktoś knuł przeciwko niej jakiś spisek a ona była na tropie. W końcu jednak zaszczycił ją chwilą uwagi. Poprosił by usiedli po czym zaczął:
 - Widziałem dzisiejszą walkę ma arenie. Niestety musze stwierdzić że nie za dobrze poradziła pani sobie. Z opowieści pani trenera wynika jednak że stać panią na o wiele więcej. Dlatego właśnie przyszedł do mnie dziś po pomoc. I nie ukrywam że z chęcią pani pomogę.
            Ness wydawało się to wszystko bardzo dziwne. Co niby może zrobić dla niej jakiś nauczyciel? Ona po prostu potrzebowała więcej ćwiczeń, i tyle. Tylko dyscyplina może ją wyciągnąć z kłopotów.
 - Chciałem zaproponować pani posadę w szkole na stanowisko nauczyciela pojedynków.
 - Proszę?! – nie mogła uwierzyć. Ona nauczycielką? Po co? – Przepraszam, ale nie za bardzo rozumiem jak mogłoby mi to pomóc poprawić skuteczność…
 - Ucząc czegoś przypomni pani sobie podstawy. To jest pierwszy dobry powód. Drugi jest wsparty moim osobistym doświadczeniem: będąc nauczycielem można porządnie poprawić swoja cierpliwość. Trzeci: patrząc na pani poczynania i reakcje sądzę że nic tak pani nie pomorze jak normalna, zwykła monotonna praca.
             Bardzo mi przykro ale teraz musze już iść. Proszę aby przemyślała pani moją propozycję. Do widzenia.
            Siedziała zamurowana na krześle. Ten człowiek, w pięć minut rozgryzł ją całą. Jakby miał rentgena w oczach. Nie to było jednak prawdziwym problemem. Problemem było to że jego propozycja wydawała się kusząca…


Na następną część troszkę poczekacie bo mam lekki kryzys twórczy ;)
Luna Luvia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz