niedziela, 21 kwietnia 2013

Bez zbędnych wstępów przechodzę do dalszej opowieści o Ness :



Walka miała się rozpocząć równo o dwudziestej. Za piętnaście Vanessa była już gotowa i czekała cierpliwie w swoim namiocie którego ściany jak wiadomo są z materiału, więc słyszała tłum zbierający się na stadionie. Mimo wszystko jednak nie miała tremy. Już raz tu była, dokładnie sześć lat temu, tylko że wtedy dla niej srebro to już był sukces. Dziś było ją stać na wiele więcej. Zamierzała wygrać!
Z tych myśli wyrwał ją głos:
 - Witam wszystkich na kolejnych finałach Międzynarodowych Zawodów Magicznych w konkurencji pojedynki. Za chwilę o tytuł mistrzyni zawalczą: polka, Barbara Kwiatkowska, oraz angielka, Vanessa Johnson. Proszę o wyjście zawodniczek.
            Nie było więc rady: wstała z krzesła na którym siedziała i powoli weszła na arenę. Podczas ćwiczeń miejsce wydawało się o wiele mniejsze. W tej chwili wyglądało jakby ktoś je magicznie powiększył. Nie przeszkadzało to jednak w dostrzeżeniu Beki: wielkiej kobiety o ciemnych włosach i ogromnych dłoniach.
             Sędzia przywołał je gestem, poczym zapytał: 
 - Jaki rodzaj pojedynku wybieracie?
 - Trzy w jednym – odpowiedziała natychmiast Ness. Przeciwniczka zmieszała się jakby nie spodziewała się tej propozycji poczym przytaknęła:
 - Trzy w jednym.
 - A więc dobrze. W takim razie uściśnijcie sobie dłonie.
Uścisk dłoni przez kapitanów w quidditchu bardzo się różni od uścisku przez różdżkarzy. Ten był delikatny, a ręka opanowana. Nie można było jej nadwyrężać przed starciem.
 - Teraz możecie na chwilę wypróbować swoją magie.
Ness wróciła po swoją zwykłą różdżkę, poczym ustawiła się na miejscu. Trzy konkretne uderzenia , tak  by się odbiły, pozwalały walczącemu określić jaką broń wybrać.
 - Alex, będę musiała w pierwszej rundzie wystąpić z jedynką – powiedziała gdy było już po wszystkim.
 - Nie możesz wziąć dwójki? Przy takiej sile jedynka może pęknąć.
 - Zbytniego wyboru nie mam(nie mam zbyt wielkiego wyboru) . Inaczej się nie utrzymam. Sam zobacz – powiedziała , poczym podała mu różdżkę.
 - Rzeczywiście. Hmm… - zamyślił się na chwilę – no trudno. Dobrze, przygotuj się, za pięć minut zaczynacie – po czym odszedł w stronę sędzi, aby dogadać ostatnie szczegóły z trenerem Beki.
            Zaczęła się prawdziwa krzątanina; Carly ( jej asystentka) podawała rękawiczki, pomagała zakładać specjalną gumkę na różdżkę ( żeby się nie ślizgała) i upinała warkocza tak aby nie przeszkadzał.
  - A może by tak na bankiet zrobić ci jakiegoś koka albo wyprostować włosy? – odezwała się nagle.
 - Wiesz dobrze że nie lubię mieć rozpuszczonych włosów. Wolę mojego francuza.
 - Ale ty zawsze w nim chodzisz! Może czas na zmianę? Słyszałam, że… - w tej chwili rozległ się głos:
 - Prosimy zawodniczki na arenę! – wybiła godzina zero.  Vanessie nagle serce podskoczyło do gardła.
 - Dobra, powiesz mi przy przygotowaniach. Czas już wychodzić.
 - Powodzenia! – krzyknęła Caroline na odchodne.
Tak więc, bez wahania wyszła na arenę, stanęła na swoim miejscu i czekała na pierwszy strzał. W końcu nadszedł dzień by spełnić jej marzenia i plany gnieżdżące się w głowie od tylu lat. Nawet nie myślała że czujne, niebieskie oczy przyglądające się jej z trybun mogą obrócić te jej plany i marzenia o 180*….
 

Piszcie proszę i oceniajcie bo nie wiem czy mam dalej dodawać ;)
 Luna Luvia               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz