Walka miała się rozpocząć równo o
dwudziestej. Za piętnaście Vanessa była już gotowa i czekała cierpliwie w swoim
namiocie którego ściany jak wiadomo są z materiału, więc słyszała tłum
zbierający się na stadionie. Mimo wszystko jednak nie miała tremy. Już raz tu
była, dokładnie sześć lat temu, tylko że wtedy dla niej srebro to już był
sukces. Dziś było ją stać na wiele więcej. Zamierzała wygrać!
Z tych myśli wyrwał ją głos:
- Witam wszystkich na
kolejnych finałach Międzynarodowych Zawodów Magicznych w konkurencji pojedynki.
Za chwilę o tytuł mistrzyni zawalczą: polka, Barbara Kwiatkowska, oraz
angielka, Vanessa Johnson. Proszę o wyjście zawodniczek.
Nie było
więc rady: wstała z krzesła na którym siedziała i powoli weszła na arenę.
Podczas ćwiczeń miejsce wydawało się o wiele mniejsze. W tej chwili wyglądało
jakby ktoś je magicznie powiększył. Nie przeszkadzało to jednak w dostrzeżeniu
Beki: wielkiej kobiety o ciemnych włosach i ogromnych dłoniach.
Sędzia przywołał je gestem, poczym
zapytał:
- Jaki rodzaj
pojedynku wybieracie?
- Trzy w jednym –
odpowiedziała natychmiast Ness. Przeciwniczka zmieszała się jakby nie
spodziewała się tej propozycji poczym przytaknęła:
- Trzy w jednym.
- A więc dobrze. W
takim razie uściśnijcie sobie dłonie.
Uścisk dłoni przez kapitanów w quidditchu bardzo się różni
od uścisku przez różdżkarzy. Ten był delikatny, a ręka opanowana. Nie można
było jej nadwyrężać przed starciem.
- Teraz możecie na
chwilę wypróbować swoją magie.
Ness wróciła po swoją zwykłą różdżkę, poczym ustawiła się na
miejscu. Trzy konkretne uderzenia , tak
by się odbiły, pozwalały walczącemu określić jaką broń wybrać.
- Alex, będę musiała
w pierwszej rundzie wystąpić z jedynką – powiedziała gdy było już po wszystkim.
- Nie możesz wziąć
dwójki? Przy takiej sile jedynka może pęknąć.
- Zbytniego wyboru
nie mam(nie mam zbyt wielkiego wyboru) . Inaczej się nie utrzymam. Sam zobacz –
powiedziała , poczym podała mu różdżkę.
- Rzeczywiście. Hmm…
- zamyślił się na chwilę – no trudno. Dobrze, przygotuj się, za pięć minut
zaczynacie – po czym odszedł w stronę sędzi, aby dogadać ostatnie szczegóły z
trenerem Beki.
Zaczęła się
prawdziwa krzątanina; Carly ( jej asystentka) podawała rękawiczki, pomagała
zakładać specjalną gumkę na różdżkę ( żeby się nie ślizgała) i upinała warkocza
tak aby nie przeszkadzał.
- A może by tak na
bankiet zrobić ci jakiegoś koka albo wyprostować włosy? – odezwała się nagle.
- Wiesz dobrze że nie
lubię mieć rozpuszczonych włosów. Wolę mojego francuza.
- Ale ty zawsze w nim
chodzisz! Może czas na zmianę? Słyszałam, że… - w tej chwili rozległ się głos:
- Prosimy zawodniczki
na arenę! – wybiła godzina zero.
Vanessie nagle serce podskoczyło do gardła.
- Dobra, powiesz mi
przy przygotowaniach. Czas już wychodzić.
- Powodzenia! –
krzyknęła Caroline na odchodne.
Tak więc, bez wahania wyszła na arenę, stanęła na swoim
miejscu i czekała na pierwszy strzał. W końcu nadszedł dzień by spełnić jej
marzenia i plany gnieżdżące się w głowie od tylu lat. Nawet nie myślała że
czujne, niebieskie oczy przyglądające się jej z trybun mogą obrócić te jej
plany i marzenia o 180*….
Piszcie proszę i oceniajcie bo nie wiem czy mam dalej dodawać ;)
Luna Luvia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz